Uwielbiam Wielkanoc, czas po też uwielbiam. Szczerze jednak – zatęskniłem za zielonym. Na szczęście – już jest! Kolor zielony w liturgii to dla mnie wyraz zwyczajności. Świadomość tego, że coś ważnego się dzieje, nie pozwala mi odpocząć. Być może kiedyś się tego nauczę – nie przejmować się i niepotrzebnie nie emocjonować. Do tej pory jednak moją głowę zaprzątało wszystko to, czego dokonał dla mnie Chrystus. Brakowało mi zwyczajności i jej dystansu (dla mnie i we mnie).

Nie chciałbym być źle zrozumiany. Czułem się jednak mniej więcej tak, jakbym cały czas był na hucznym weselu. Być może zdrowie jeszcze to, ale głowa chciała odpocząć. Móc popatrzeć na to wszystko z dystansu. Widząc to tak, jak ogląda się zdjęcia z doniosłych uroczystości. Z uśmiechem na twarzy, śmiejąc się z własnego nadymania – z lekkim przymrużeniem oka.

Czas na owoce świętowania. Na ile ono pozostanie we mnie. Gdzie je ze sobą zabiorę. Komu się nim pochwalę. Jest dużo osób, którym chciałbym pokazać te fotografie. Ciesząc się, że mogę zaprosić je na kolejne świętowanie. Teraz jednak chciałbym napić się z nimi kawy.

Zielony w liturgii to oczywiście tylko znak. Chciałbym, żeby ta normalność spotkania z Bogiem, była także we mnie. Żebym nie dał się zwariować, że Boga nie mogę mieć tu i teraz.  Także pijąc tę kawę i ciesząc się spotkaniem z Nim. Tak po prostu.