Tydzień temu była mowa o zejściu na manowce. Dziś, kiedy większość z nas przebywa w domu, tematem będzie droga do domu, wyrażona pieśniami. Podzielę się też opowieścią o powrocie syna, z życia wziętą i przekazywaną przez pokolenia. Dużo lektury i słuchania.

Zacznijmy w miejscu, w którym znalazł się syn z przypowieści, kiedy już zmarnotrawił schedę po żyjącym ojcu. Dalekie strony, w których nastał głód, to krajobraz duszy tego młodego człowieka. Spustoszony ogród, zaprzepaszczone szanse, świat na opak (regio dissimilitudinis, kraina niepodobieństwa, kraina, gdzie wszystko jest inaczej). Świniom tam lepiej niż człowiekowi. Nie sposób tam żyć.

Czego ci potrzeba, grzeszny człowiecze? Ta pieśń już była. Pora na inną, w której powtarza się pytanie: Grzeszny człowiecze, dokąd uciekniesz w owym dniu? W kolejnych zwrotkach grzesznik szuka schronienia na księżycu, ale słyszy, że ten będzie krwawił; w gwiazdach, ale one pospadają; na morzu, ale ono zniknie. Poprosi o schronienie Pana, ale On go odrzuci: Pan rzekł: Grzeszniku, trzeba było się modlić. W końcu ucieknie do diabła, a ten go przyjmie.

Zamiast najbardziej znanej wersji Niny Simone proponuję wykonanie Joela Frederiksena i jego monachijskiego Ensemble Phoenix. Przejmujące!

Apokaliptyczne obrazy i opłakany los grzesznika. Powiało grozą. Otuchę przyniosą słowa innego marnotrawnego młodzieńca, Aureliusza Augustyna. Późniejszy święty tak opisywał swój stan (św. Augustyn, Wyznania, VII, 10, tłum. Zygmunt Kubiak):

Wieczna Prawdo! Prawdziwa Miłości! Umiłowana Wieczności! Tyś Bogiem moim, do Ciebie wzdycham dniem i nocą. Gdy po raz pierwszy Cię poznałem, Tyś mnie do siebie przygarnął, żebym zobaczył, iż powinienem coś ujrzeć, a także – iż nie jestem jeszcze zdolny do ujrzenia tego. Schłostałeś słabość mego wzroku, przemożnym uderzywszy we mnie blaskiem, aż zadrżałem z miłości i zgrozy. Zrozumiałem, że jestem daleko od Ciebie – w krainie, gdzie wszystko jest inaczej. I zdało mi się, że słyszę Twój głos z wyżyny: „Jam pokarm dorosłych, dorośnij, a będziesz mnie pożywał; i nie wchłoniesz mnie w siebie, jak się wchłania cielesny pokarm, lecz ty się we mnie przemienisz”.

Zgodnie z żelazną zasadą dramaturgii, po tych wyżynach czas na coś lżejszego. Będzie to blues z czasów Prohibicji. Nazwijmy go bluesem syna marnotrawnego. To piosenka kogoś, kto przepuściwszy pieniądze, zrozumiał gorzką prawdę: nikt cię nie zna, gdy z tobą źle. Tak mówi refren, a zwrotki to wyznanie bankruta, który niegdyś hojnie fundował przyjaciołom wino, szampana i bimber. Pieniądze przepadły, a z nimi szampańskie życie. W kieszeni pustka, a z przyjaciół nie ostał się żaden.

Nasza wielkopostna seria zaczęła się pieśnią Wayfaring Stranger i do pierwszego odcinka odsyłam po jej tekst. Pieśń dobrze pasuje do momentu, kiedy syn marnotrawny zastanowił się nad sobą i postanowił, że wróci do ojca, choćby jako najemnik. Ileż tęsknoty w tej pieśni! Jak silne przekonanie, że na tym świecie jesteśmy w drodze do ojczyzny!

A skoro ten wpis to rodzaj audycji radiowej (z obrazem!), proponuję jeszcze jedno wykonanie tej pieśni. Jest w czym wybierać: Johnny Cash, Jack White, Emmylou Harris, Eva Cassidy, Ed Sheeran, ale i nasi bracia z Prowincji św. Józefa, czyli The Hillbilly Thomists. Poświęciłem ich kiedyś cały wpis, a wyszukiwarka właśnie mi pokazała, że parę lat temu ukazał się polski przekład artykułu o tym zespole. Znacie, to posłuchajcie.

I jeszcze raz motyw powrotu do domu, tym razem w radosnym, wręcz ekstatycznym nastroju. Pieśń Leonarda P. Breedlove’a, w śpiewniku Sacred Harp na stronie 282. Łączy się tu fuga mundi, ucieczka z grzesznego świata, oraz spodziewana niebańska radość.

Żegnaj, marny świecie! Wracam do domu! Mój Zbawiciel się uśmiecha i wzywa mnie do powrotu, a ja nie zamierzam się tu zatrzymywać.

Słodcy aniołowie zapraszają, bym wychwalał Boga w wieczności.

Urodziłem się, by umrzeć. To dobrze: ulecę od smutku i żalu…

Aniołowie światła odprowadzą mnie do domu, hen, do Nowego Jeruzalem…

Wciąż powtarza się nie zamierzam się tu zatrzymywać, a refren to seria radosnych okrzyków, których nie ma sensu tłumaczyć.

To pieśń znana z filmu Wzgórze nadziei (Cold Mountain) o powrocie z wojny secesyjnej. A oto opowieść z czasów tejże wojny, a w niej powrót syna z perspektywy ojca. Historię opisał Buell Cobb w swojej książce o ludziach, których poznał dzięki śpiewaniu Sacred Harp. Miałem szczęście słyszeć tę opowieść w wykonaniu autora. To wyborny gawędziarz i prawdziwy południowy gentleman. Ewentualne niedostatki poniższego tekstu to wyłącznie wina tłumacza. Przy okazji dziękuję za dobre rady Dominice, Dorocie, panu Dominikowi i panu Piotrowi. Oddaję teraz głos Buellowi Cobbowi:

Przez wiele lat uczestniczyłem w śpiewach Sacred Harp zwanych Doss Memorial Singing w kościele baptystów w Sardis w północnej części okręgu Jefferson. Któregoś roku Dick Nail, praprawnuk Seaborna Densona i prawnuk Whitta Densona* będący wówczas przewodniczącym tego śpiewaczego spotkania, przygotowywał się do rozpoczęcia popołudniowej sesji i postanowił poprowadzić pieśń nr 277, Antioch. Większość uczestników** nie wróciła jednak jeszcze z przerwy. Siedziałem obok Dicka, a on mając parę wolnych minut podzielił się ze mną tym, co mu chodziło po głowie. Zaczął od pytania, czy spotkałem kiedyś Franka Millera, z okolicy Empire w pobliskim okręgu Walker. Był on znany z tego, że oprawiał sfatygowane śpiewniki okolicznych śpiewaków. Od jego śmierci upłynęło jakieś piętnaście lat. Odparłem, że go nie znałem. Otóż – kontynuował Dick – Frank Miller zapytał mnie, czy znałem Wuja Bena Millera. Nie – na to Dick – on umarł dawno przede mną, ale słyszałem o nim opowieści. Frank trzymał w ręku śpiewnik, otworzył go na stronie 277 i zapytał:  Wiesz, czemu zawsze śpiewam tę pieśń? Nie sposób, żeby ktoś z Millerów wysiedział na śpiewach, na których by nie zaśpiewano tej pieśni. I tak Dick zaczął mi opowiadać historię, którą przekazał mu wówczas Frank Miller, choć – jak powiedział – Muszę nabrać dystansu, żeby przez to przejść… Ale i tak jestem na krawędzi…

Otóż Ben Miller miał czternaście lat, kiedy wybuchła wojna. Chciał koniecznie się zaciągnąć, ale mu nie pozwolono. Mimo to wymknął się z domu i szedł za 19. pułkiem z Alabamy tak długo, aż go przyjęli. Został postrzelony pod Shiloh, a do rodziny dotarła wieść, że zginął. Niektórzy jego ziomkowie, którzy widzieli, jak padał, przekazali tę wiadomość do domu. Ale nikt z jego towarzyszy broni ani z rodziny nie wiedział, że młody Ben Miller przeżył. Z pola bitwy zabrali go żołnierze Unii, a kiedy trzy lata później wojna dobiegła końca, dotarł w rodzinne strony. Kiedy skręcił na dróżkę prowadzącą do domu, zauważył postać swego ojca na ganku. Chwilę później, zobaczył, że jego ojciec wychyla się, żeby zobaczyć, kto się tam zbliża. Podchodząc bliżej, zobaczył, jak jego ojciec nagle  zaczął robić tak – mówił Dick –  machając z rozmachem ręką w górę i w dół. Miller senior mianowicie przechadzał się po tarasie, pokazując rytm***.

Kiedy Ben był już całkiem blisko, usłyszał, jak ojciec śpiewa na cały głos Antioch Wykrzykujcie, módlcie się, idziemy naprzód. Gloria, alleluja! Umarły ożył, zagubiony się odnalazł. Gloria, alleluja! Wciąż mnie to porusza. W momencie niewyobrażalnej radości impulsem pana Millera nie było wybiec i objąć syna ojcowskim ramieniem. Nie, zamiast tego przystąpił do sakramentalnego aktu: zaśpiewał, i to te słowa, które tak dobrze znał, a które nigdy wcześniej do niego nie przemówiły tak osobiście. Ta historia wciąż żyje, inspirując pokolenia tej rodziny, a także Dickie’ego Naila oraz mnie, by się nią dzielić z innymi.

Tyle Buell Cobb. Zanim zabrzmi Antioch, parę wyjaśnień:

*Rodzina Densonów z Alabamy to kilka pokoleń śpiewaków, kompozytorów-amatorów i wydawców śpiewnika Sacred Harp.

**W oryginale mowa o klasie. Śpiewnik Sacred Harp jest dziedzictwem dawnych szkół śpiewu, prowadzonych przez objazdowych nauczycieli. Z tej szkolnej tradycji wywodzi się nomenklatura: klasa, przerwa, lekcja (poprowadzenie pieśni, obecnie zwykle jednej, kiedyś całej serii), a także zwyczaj zaczynania każdej pieśni od solmizacji.

***Beating time: to właśnie jest to rytmiczne machanie ręką przez osobę prowadzącą śpiew, a często i przez wielu uczestników.

Skoro już zabrzmiało opuszczane w Wielkim Poście alleluja, to niech zabrzmi raz jeszcze i doda otuchy. Planowany na 15 marca koncert Tima Eriksena w Pradze z wiadomych względów nie doszedł do skutku. Nie odbędzie się również wiele zaplanowanych śpiewów Sacred Harp. Tim wpadł więc na pomysł nagrywania w tych dniach tenoru (głosu podstawowego) pieśni z tego śpiewnika, tak żeby można się było do niego dołączyć. Na razie jest jedna pieśń, a śpiewacy z różnych stron zaczęli nagrywać swoje głosy. Na YouTube pojawiła się solowa wersja czterogłosowa. Ciekawe, czy zostaną dołączone głosy tych, którzy później dołączyli się do Tima. Nawiasem mówiąc, Tim był konsultantem muzycznym Wzgórza nadziei i wykonywał partie śpiewane postaci granej przez Brendana Gleesona.

To pieśń, którą swego czasu zwykliśmy kończyć cotygodniowe sesje śpiewacze w klasztorze na ul. Freta. Słowa Charlesa Wesleya niosą nadzieję. Oto po części przekład, po części parafraza:

Choćby ciało osłabło i przyszła śmierć, ma dusza wzniesie się z tego łez padołu aż na niebiosa.

Zaśpiewam alleluja, zaśpiewasz alleluja, zaśpiewamy alleluja, gdy wrócimy do domu.

Daj radość lub smutek, ulgę lub ból, zabierz życie czy przyjaciół,

ale pozwól mi spotkać ich znów w tym wiecznym dniu.

Ziemia – dolina łez, niebo – gwarny dom. Ten padół łez wziął się chyba z antyfony maryjnej Salve Regina:

Do Ciebie wzdychamy, wygnańcy, synowie Ewy, jęcząc i płacząc na tym łez padole…

In hac lacrimarum valle…

Jak zapewnia prorok Izajasz – a prorok wie, bo mówi wprost od Boga – Pan Bóg otrze łzy z każdego oblicza (Iz 25, 8). Sam Bóg, nie anioł. Z każdego oblicza.

Potwierdza te słowa inny prorok, ewangelista, apostoł i umiłowany uczeń Pana (niech bibliści mówią, co chcą, o autorstwie Apokalipsy). Ukochany uczeń Pana, tego, który stworzył niebo i ziemię – oszołamiający tytuł! Najlepsze, że to tytuł przysługujący – w nadziei – każdemu chrześcijaninowi.

Zacząłem od Apokalipsy, na Apokalipsie skończę. Święty Jan tak oto opisuje Boży dom, będący i naszym domem (Ap 21, 3-4):

Oto przybytek Boga z ludźmi:

i zamieszka wraz z nimi

i będą oni Jego ludem,

a On będzie BOGIEM Z NIMI.

I otrze z ich oczu wszelką łzę,

a śmierci już odtąd nie będzie.

Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu

już nie będzie,

bo pierwsze rzeczy przeminęły.

A przecież nie ma chorób, znoju ani niebezpieczeństw w tym jasnym kraju, do którego zmierzam. Wracam do domu spotkać się z ojcem… z matką… z bliskimi… z mym Zbawicielem…

No to jeszcze raz Wayfaring Stranger.

Na tym kończy się dzisiejszy program, ale jeszcze się nie żegnam. Będzie parę bonusów.

Jako pierwszy bonus parę słów od siebie. Wspominałem niedawno, że pięćdziesiąte urodziny to po czesku abrahámoviny. Co tu dużo gadać, jutro obchodzę nie tylko uroczystość św. Józefa. Modlitwa mile widziana.

No to musi być Ojciec szczęśliwy.

Ano, muszę.

Za tydzień uroczystość Zwiastowania, nasuwa się więc motyw maryjny. Marzy mi się muzyczno-patrystyczna medytacja nad uniżeniem i wywyższeniem Chrystusa: teksty Ojców Kościoła, muzyka na równie wysokim poziomie, a do tego spojrzenie Matki. Może się uda.

Drugi bonus: to, co nie weszło do naszej audycji, bo różnica stylistyczna za duża. Będzie to pieśń o powrocie do domu, na melodię zaczerpniętą z Largo Symfonii z Nowego Świata Antonína Dvořáka. Najpierw wersja najbliższa symfonii, w wykonaniu walijskiego barytona Bryna Terfela.

I jeszcze aranżacja międzynarodowa i międzykulturowa, pod kierunkiem Yo Yo Ma.

A skoro już pojawił się Yo Yo Ma, na samiuteńki koniec piosenka-prośba o to, żeby nie powróciły ciężkie czasy (Hard Times Come Againg No More z roku 1854) i kołysanka (Slumber My Darling) z kojącym głosem Alison Krauss. Jako bonus do tego bonusa cała reszta bardzo przyjemnej płyty.

Zostańcie w domu! Bądźcie zdrowi!