I

Dzisiejsza perykopa z Łukaszowej Ewangelii mówi, że Herod chciał zobaczyć Jezusa.

Herod lubił patrzeć i słuchać. Z trwożliwą fascynacją słuchał Jana Chrzciciela. Słowa proroka budziły niepokój, ale i podziw. W czasie uczty Herod zapatrzył się na swą pasierbicę. Wiadomo, okręt pod żaglami, galopujący koń, kobieta w tańcu… Tak się zapatrzył, że w końcu zobaczył głowę Jana na misie. A wreszcie Herod chciał zobaczyć Jezusa.

Łatwo sobie wyobrazić tego władcę, jak siedzi przed telewizorem i skacze po kanałach. Trochę posłucha proroka (teleewangelia), potem popatrzy na taniec (na kanale „dla dorosłych”), z tanecznego show przerzuci się na horror, a w końcu zamarzy mu się obejrzenie cudu. Tu i teraz. Natychmiast. Na tupnięcie nogą. Na klaśnięcie dłońmi. Na usługi.

Cud się nie zdarzył. Herod zobaczył Jezusa. I nic nie zobaczył. Chciał cudu. Przeoczył Krzyż.

II

Pierwsze czytanie opowiada nie tylko o starożytnych Izraelitach, którzy po powrocie z wygnania zwlekali z odbudową Świątyni. To słowo dla nas. Bóg jest spragniony ludzkiej gościny. Syn Człowieczy nie ma gdzie głowy złożyć – czytamy w Ewangelii. Oto stoję u drzwi i kołaczę – w Apokalipsie. I jeszcze raz słowa Pana Jezusa przekazane przez św. Jana, tym razem w Ewangelii: Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go, i przyjdziemy do niego, i będziemy u niego przebywać.

Czy nie wiecie, że jesteście świątynią? Co to za świątynia, w której nie zamieszkuje Bóg?